Going. | Teatr nienawiści – o „Widoku z mostu” Artura Millera w reż. Agnieszki Glińskiej w Teatrze Dramatycznym w Warszawie

Teatr nienawiści – o „Widoku z mostu” Artura Millera w reż. Agnieszki Glińskiej w Teatrze Dramatycznym w Warszawie

Mazowieckie

Kluczem do spektaklu Glińskiej wydaje się ostatnia scena, w której dokonuje się tragiczny akt zemsty. Aktorzy nie tyle odgrywają millerowski finał opowieści, ile wręcz zapamiętują się w jego odgrywaniu, powtarzając tę samą scenę cztery razy. Nie mogą przestać jej odgrywać, bo rządzą nimi skrajne emocje. To one właśnie są głównym tematem spektaklu, a historia Eddiego Carbone’a wydaje się w tym kontekście modelową opowieścią o tym, jak prywatna – wyimaginowana lub nie – krzywda staje się początkiem spirali zła, która prowadzi do tragedii. Na głębszym poziomie tej historii odgrywający ją aktorzy również nie mogą przestać – zarażeni negatywnymi emocjami scenicznych postaci, dokładają swoją złość i nienawiść, przejmując tym samym cudzą narrację, odnajdując się w niej i atakując innych. Czy po gdańskiej tragedii trzeba to jeszcze tłumaczyć?

Zamknięcie widzów wraz z aktorami w białej przestrzeni w kształcie koła sugeruje, że jesteśmy nie tylko obserwatorami, lecz wręcz współbohaterami spektaklu Glińskiej, swoistym „milczącym chórem”. I właśnie do nas, widzów, skierowane są kluczowe pytania: czy istnieje jakikolwiek sposób, by opuścić zaklęty krąg zła? Czy można dziś wyrazić to, co czujemy, bez naruszenia granic godności innych ludzi?

Opowieść Millera, będącą w zasadzie dramatycznym wołaniem o opamiętanie się w prowokowanym osobistą urazą procesie emocjonalnej autodestrukcji, obserwujemy niejako „z mostu”, poprzez narrację prawnika Alfieriego (bardzo ciekawa rola Anny Moskal), który z perspektywy ustanowionego prawa opowiada nam ją ku przestrodze. Gdyby uznać Alfieriego za Boga, patrzącego na nas z góry („z mostu”), byłby to Bóg, który - choć zna prawo i potrafi od razu zobaczyć historię danego człowieka oraz jej finał - nie ma mocy sprawczej, by ustrzec ludzi przed konsekwencjami ich wolnych wyborów. A tu właśnie – w przestrzeni owej wewnętrznej wolności – należałoby szukać antidotum na społeczną chorobę samonapędzającej się spirali nienawiści. Wszyscy mamy wszak wolną wolę, może więc znajdzie się na widowni choć jeden człowiek, który powie: „Dość, przestańcie! Tak nie można!” Na razie jednak nie mogą przestać ani bohaterowie Millera, ani aktorzy Glińskiej, ani wreszcie my, widzowie, na co dzień obywatele i współrodacy. Nie ma też z tej rzeczywistości ucieczki: aktorzy, kończący swoje repliki i role, chcą wyjść, ale drogę zagradzamy im my, widzowie, a szerzej – społeczeństwo, zamykające ich w kole sceny. A przecież wystarczyłoby po prostu… być przyzwoitym.

Spektakl jest zrealizowany bardzo dobrze. Fantastyczny jest Łukasz Lewandowski jako Eddie Carbone. Świetna, nie wiedzieć czemu ukrywana od lat w Dramatycznym, Agnieszka Roszkowska. Tworzy ona znakomitą kreację potulnej i cichej żony, która widząc o wiele więcej niż inni, próbuje zapobiec złu. Znakomita jest też Martyna Byczkowska w roli Catherine; moje serce skradł jednak Marcin Sztabiński w roli Marca, brata Rudolpha, który zostaje zmuszony przez okoliczności do podjęcia tragicznej roli mściciela.

Agnieszka Glińska powróciła do wielkiej literatury i do Warszawy. I to z przytupem. Jest to spektakl pozbawiony emocji, ale chyba o to właśnie chodziło: żeby na chłodno, „z mostu”, przyjrzeć się tej historii i z tej perspektywy zastanowić się, dokąd – jako ludzie i jako społeczeństwo – zmierzamy. Przyjrzeć się na chłodno i… opamiętać. Być może wciąż jeszcze nie jest na to za późno.

  glinska     millera     dokad     zaklety     godnosci     opamietanie     ludzi     czujemy     czlowieka     lewandowski     eddie     trzeba     modelowa     staje     przestrodze     owej     obywatele     scenicznych     chlodno     odgrywaniu     dokonuje     zostaje     gdyby     poziomie     glebszym     aktorami     ludzie     cudza     mozna     wystarczyloby     uznac     zobaczyc